Poradnik dla majsterkowiczek

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Wszystkie związki docierają do tego feralnego momentu, kiedy coś szwankuje i stajemy przed trudnym wyborem serwisowania starego modelu, lub udania się w celu znalezienia nowego, może bardziej zaawansowanego technologicznie i bardziej wydajnego, a może tylko atrakcyjniejszego. Nauczone setką obaw, my kobiety, nie mając pewności, że kolejne modele będą posiadały dodatkowe pakiety zapewniające nam komfort psychiczny w czasie wspolnej życiowej podroży, postanowilysmy nauczyć się trudnej sztuki majsterkowania. Dzięki pełnemu zestawowi umięjetności serwisowania facetów kobieta mogłaby bowiem osiagnać wszystko czego pragnie, jednak sztuka ta jest niezwykle cieżka, katorżnicza, pełna mistycznych praktyk i co najgorsze wysoce nieskuteczna.

Zostajemy wiec przy swoich życiowych wybrankach, których nasze matki uznają za pomyłkę, chwilowe zaćmienie umysłu, czy słabość, niedowierzając, że ich cudowna, inteligentna i piekna niczym bóstwo córka, wybrała sobie milość po najniższej lini oporu.

Tak, matki są kochane. Owijając nas – córki- woalem niespelnionych marzeń i oczekiwań, budują w nas poczucie własnej niezwykłości. Tym sposobem w wieku lat 16 w głowie mamy obraz księcia, który podjeżdża pod nasz dom, ponieważ słysząc o naszych licznych przymiotach, dobru i urodzie miażdżącej boleśnie prawa natury, zdecydował się po spotknaniu z ciepłem naszego spojrzenia, że właśnie nas kocha i to z nami spędzić chce resztę swojego życia. Oczywiście książe zaswiadcza w obecności naszych matek, że zrobi wszystko by te jedną istotę uczynić szczesliwą, bo serce jego płonie milościa najczystrzą, prawdziwą,dokladnie tą samą, która zabija papużki nierozłączki.

Zdarza sią, że żyjąc maminą obietnicą szcześcia u boku pana idealnego, czekamy na niego wypatrując go z okna z naiwnością jebanej harcerki. A lata lecą. Pogrążone w staropanieństwie, a nie daj boże w wiecznym dziewictwie, ze wzrokiem wbitym w kreske horyzontu, zastanawiamy się co go tak długo zatrzymuje. Na początku optymistycznie zakładamy, że w drodze spotkały go liczne przygody i spotykając innych majestatycznie urodzonych, zainteresowanych naszą ręką, zmuszony jest toczyć boje, by stać się godnym naszej prawdziwej miłości. Potem tkwiąc w swej głupocie umieramy.

Madre dziewczynki juz w wieku lat 15 zdają sobie sprawę, że tak samo jak św. Mikołaj, zajączek wielkanocny, czy Jezus, facet idealny po prostu nie istnieje. Przestajemy więc czekać, a zaczynamy szukać. Metodą prób i błędów trafiamy na przeróżnych, czasem naprawdę intrygujących facetów, których łączy wspólny mianownik – każdy ma coś do naprawy.

Sztuki majsterkowania uczymy sie więc od dzieciństwa, a potem wchodząc w związki umiejętności te doskonalimy. I głupie w tym wszystkim jesteśmy okrutnie. Super, że rozumiemy, że idealnych facetów nie ma, ale wcale nie przeszkadza nam to zabawiać się w doktora Frankensteina.

 

Tworzenie potwora

Nie podejrzewam, żeby jakiklolwiek facet wchodząc w związek myślał, że chcemy z nim być z powodu idyllicznej wizji jego osoby, w jaką chcemy go przekształcić. Raczej podążając swoim wysoce błędnym, samczym instynktem, uważa, że najwyraźniej zestaw jego wad i zalet został w pełni zaakceptowany. Otóż nie został. W kobiecej wizji tego związku wszystko już zostało rozpisane na lata i program służący modernizacji faceta jest gotowy do wprowadzenia w życie, dosłownie w każdej chwili. Karmimy więc mężczyzn naszymi oczekiwaniami, prośbami, życzeniami i wizjami tego jak byśmy chciały być kochane, a oni buntują się coraz bardziej czując, jak gdyby na początku gry w monopoly, nikt im nie wytłumaczyl zasad , a zresztą nawet gdyby wytłumaczył, to nie miałoby to znaczenia, bo reguły zmieniają się tak szybko, że nawet nie mają czasu się do nich przyzwyczaić.

I pewnego słonecznego dnia, jak grom z jasnego nieba uderza nas w czoło ta pierwsza kłótnia, oblana hektolitrami łez i wyrzutów, kórych się po sobie nie spodziewaliśmy. W tym momencie zaczynamy naprawiać. Niestety, jeśli nie mamy w życiu zbyt dużo szczęścia, to potem możemy już być skazane na reguralne serwisowanie.

Słyszałam historie, o tych niezwykłych przedstawicielach rodzaju męskiego, którzy po przejrzeniu na własne oczy robią wszystko,aby ich ukochana na zawsze pozostała obok i to nie jako pocieszny niewolnik. Mężczyźni ci unoszą się w powietrzu niczym smoki, napędzani siłą legend opowiadanych na kobiecych spotkaniach przy herbacie i ciastkach. W równoległym czasie, w klubach z głośną muzyką i kurewsko mocnymi drinkami, kobiety z twardymi tyłkami i sercami ciagle fragmentaryczie ciepłymi, opowiadają tysiące historii płynacych szerokim korytem o gatunku powszechnym, który na wszelkie starania majsterkowiczek reaguje obojętnością.

Kiedy więc należy związek naprawiać , a kiedy przełknąć jak kamień i odpuścić?
Tutaj granica jest cieńka i zależy od indywidualnego szleństwa. O ile nie żyjemy z maniakiem przemocy, zdradliwym cassanową, hazardzistą, katolickim entuzjaztą biblijnego porządku wszechświata, albo innym religijnym objawieniem, to może nam być ciężko podjąc decyzję o rozstaniu. Odrzucając przypadki patologiczne skupmy się na przypadkach mniej oczywistych i stawiając tezę, że głównym motorem kobiecych działań jest chęć budowy zwiazku na całe życie, możemy od razu wywynioskować, że o faceta walczymy tak długo, jak długo jeszcze nam tej wizji doszczętnie nie obrzydził i wciąż chcemy to życie z nim spędzić.

Pośród długiej listy męskich przewinień znajdziemy te akceptowalne i dopuszczalne, jednak nawet one pojawiajace się w niepokojącej częstotliwości powinny być dla nas dowodem na fabryczną oporność naszego modelu do chłonięcia nowych przyzwyczajeń, czy jakiegokolwiek doświadczenia. Nieważne jak dobrą bajkę sobie wymyśłiłyśmy, ani jak bardzo kochamy tego wyidealizowanego w naszych oczach osobnika. Związku nie jesteśmy w stanie zbudować same, a jeśli jednak pokonując wszelkie prawa fizyki się tego dopuścimy, to będziemy musiały bardzo przed sobą udawać, że jesteśmy z tej onirycznej relacji zadowolone.

Chłodna kalkulacja

 

Czyli rzecz kompletnie niemożliwa kiedy jesteśmy w oku emocjonalnego cyklonu. Po latach ciągłych usterek i niespełnionych oczekiwań musimy spojrzeć same na siebie, żeby ocenić, czy rzeczywiście zrobiłyśmy wszystko, a jeśli zrobiłyśmy to tym bardziej jest nam z tym ciężko. Musimy więc wycenić ile kosztowały nas wszystkie naprawy i czy konkretny model dzięki nim zyskał, czy też nasze starania odrzucił jak niechcianą transplantację serca. Oczywiście, że boimy się porzucić nam znanego od lat fiata, czy co tam sobie przygruchłyście, ale lęki które nami kierują nie są logiczne. Jeśli kobieta daje rade żyć za dwoje, biorąc odpowiedzialność za cały związek i ponosi mentalne koszta wszelkich napraw, to dlaczego niby miałaby sobie nie poradzić pozostając sama ze sobą ?

No właśnie. Robiąc krótki rachunek zysków i strat, w najgorszym wypadku wyjeżdżając z serwisu samochodem zastępczym, wracamy do grona tych czujnych sokołów, wypatrując facetów rzadszych niż jednorożce, którzy będą na tyle niezwykli, że po weryfikacji ich danych technicznych z zalotnym uśmiechem zgodzimy się na ewentualne, kosmetyczne naprawy. Koniec końców, my też nie jesteśmy takie znowu idealne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Print Friendly
The following two tabs change content below.

masakraona

Ostatnie wpisy masakraona (zobacz wszystkie)

One thought on “Poradnik dla majsterkowiczek

  1. ja znam jedną taka co naprawiała, naprawiała …… aż w końcu stał się idealny. tylko cóż z tego skoro odjechał w siną dal……

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *